Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2010

Nocny koszmar

Wszystkie wydarzenia trzeciego dnia spowodowały, że nie mieliśmy innego wyjścia jak biwakować. Marzenia o spaniu w łóżku trzeba było odłożyć na później.
Zbliżała się godzina 23, a wiatr wcale nie miał zamiaru się uspokoić. Wręcz przeciwnie. Zakotwiczyliśmy sanie i rozłożyliśmy psom słomę, która robiła wszystko by odlecieć z wiatrem. Daria przykrywała zwierzaki kocami, a ja próbowałem roztopić dla nich trochę śniegu, żeby się napiły. Chowając się za saniami i zasłaniając palnik własnym ciałem zdołałem uzyskać trochę wody.
Znowu używaliśmy strzykawki i glukozy.

Zaprzęgi ustawiliśmy blisko siebie, aby choć trochę wzajemnie osłaniały się od wiatru. Każde z sań przymocowaliśmy dużymi kotwicami, małymi zaś napięliśmy liny. Ponadto związaliśmy sanie ze sobą, aby stanowiły większą masę, bo wiatr co i rusz szarpał nimi na boki.

Tymczasem robiło się co raz zimniej. Wichura przepędziła niż towarzyszący nam od południa. Około północy termometr wskazywał już -12 i to nie miał być koniec spadku temperatury. Musieliśmy szybko zrobić coś ze sobą. Wypić coś i zjeść. Do tego potrzebny był namiot.
Wyjąłem go z worka. Wiatr wypełnił jego materiał natychmiast powietrzem i niemal wyrwał nam go z rąk! Szybko rzuciliśmy namiot na śnieg i usiedliśmy na nim. To był jedyny sposób, żeby go zatrzymać w miejscu. Ponadto przypięliśmy do sań linką.

Wyciągnąłem aluminiowe pałąki stanowiące stelaż naszego schronienia. Daria przytrzymywała płachtę, a ja wsuwałem pręty tam gdzie ich miejsce. Po kilku minutach zmagań z szarpiącą się materią pałąki znalazły się na swoim miejscu. Teraz pozostało już tylko napiąć to wszystko i ustawić namiot.
Łatwo powiedzieć! Wiatr się wściekł. Szarpał jak opętany materiałem próbując wyrwać nam go z rąk. Kiedy tylko napięliśmy pałąki namiot zamienił się w wypełniony powietrzem balon. Trzymaliśmy chwilę z całych sił mając nadzieję ustawić go na śniegu.
Nie mieliśmy żadnych szans w tej walce. Tylko dzięki linkom mocującym nasze schronienie nie odleciało w mrok nocy!
Musieliśmy jak najszybciej wysunąć pałąki i zmniejszyć "powierzchnię nośną" płachty. To zadanie też nie było proste, ale ostatecznie szczęśliwie zakończone. Namiot spoczął na śniegu jak szmata, a my musieliśmy wsunąć się do niego, jeśli mieliśmy przetrwać tę noc.

Weszliśmy do środka w butach, bowiem ich zdjęcie wydawało nam się zbyt dużym ryzykiem w takiej sytuacji. Jakoś zmieściliśmy się w śpiworach. Tak leżąc w nierozstawionym namiocie, ułożonym w osłonie z sań, próbowaliśmy złapać trochę snu. Nie było to proste, bo ciągle myśleliśmy o psach. Jak one radzą sobie w tej sytuacji. Dwie suczki spały z nami przytulone do mojego śpiwora, ale reszta była na zewnątrz. Dlatego od czasu do czasu wysuwałem głowę na zewnątrz i gadałem coś do psów, a widząc że reagują, uspokajałem się i sam zasypiałem.
Wichura nie słabła. Wciąż szarpało namiotem, bez przerwy przewalał się przez nas nawiewany śnieg. Na szczęście jednak nie miał gdzie się zatrzymać i przelatywał po prostu dalej.

Tak dotrwaliśmy do świtu, który przywitał nas przerażającym obrazkiem.
Otóż kiedy wyszliśmy z namiotu dostrzegliśmy w miejscach, gdzie spały psy kuliste bryły lodu. Śnieg nawiewany na psy w zetknięciu z ich ciepłymi ciałami topił się, aby za chwile zamarznąć na rosnącym mrozie. W efekcie psiaki pokryte zostały lodową skorupą i nie ruszały się.
W pierwszym momencie wyglądały jakby zamarzły!
Podchodziliśmy do każdego z osobna i nakłanialiśmy je do wstania. Bez efektu.
Przestraszyliśmy się nie na żarty. Lodowe bryły leżały bez ruchu ciasno zwinięte w kłębek.

Nagle Moli, najstarszy pies w zespole, jakby nigdy nic, po prostu wstał, otrzepał się z lodu i śniegu, a następnie...zwyczajnie się w tym śniegu wytarzał!
Moli nas dosłownie powalił. Momentalnie prysnęło nagromadzone w nas napięcie. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze, że psiaki dały sobie radę z tą trudną sytuacją o wiele lepiej niż przypuszczaliśmy.
W tym momencie dotarło do nas, że skończymy tę wyprawę, że dojedziemy do końca i nic już nie zdoła nas pokonać!

wtorek, 6 kwietnia 2010

Dzień Drugi

Po nocnych przygodach wstaliśmy o całkiem rześkim poranku około piątej. Czekała nas masa roboty tego dnia. Pierwszym zadaniem było śniadanie dla psów i dla nas. O ile to pierwsze było tylko problemem czasowym - kuchenka spirytusowa pracowała wolno, ale w końcu efektywnie - o tyle sprzęt przeznaczony dla ludzkiego użytku zawiódł na całej linii.
Palnik gazowy nawet nie zasyczał. To zjawisko nakazało nam spojrzeć na termometr. Ten bezczelnie zatrzymał się na -28 i nie miał zamiaru się ruszyć. Może to i dobrze, bo wtedy mógłby zejść jeszcze niżej.
W każdym razie gaz zamarzł i nie było co na niego liczyć. Może później?












Byliśmy głodni, a w saniach mieliśmy granulowane mleko i musli, o herbacie i kawie nawet nie wspominając. Jakże cudownie smakuje aromatyczna kawa w tak romantycznej oprawie?
Nie mamy pojęcia, bo tego dnia, ani w żadnym następnym nie było nam dane jej skosztować.

Awaryjnie zabraliśmy jeszcze wojskową kuchenkę na paliwo stałe. Jej moc była okrutna, a sprawność wprost nieopisana. Szkoda tylko, że autor nadruku na opakowaniu nie wspomniał, że to kuchenka wojskowa i owszem, ale dla wojsk w Iraku!
Za nic stałe paliwo nie miało ochoty się zapalić. Dopiero potraktowane spirytusem rozbłysło nieśmiałym ogienkiem.

Na szczęście mieliśmy rezerwowy palnik spirytusowy, na którym udało się stopić dostateczną ilość śniegu, aby uzyskać litr wrzątku. Kiedy już szukaliśmy w bagażu pudelka z kawą, a woda w menażce zbliżała się do stanu wrzenia....to zaimprowizowana kuchenka w sobie znany tylko sposób, bez udziału osób trzecich, a nawet drugich, przechyliła się i zakończyła nasze marzenia o aromatycznej kawie. Cały wrzątek wylądował w śniegu wytapiając w nim niezwykle malowniczą dziurę.

Nie było rady, musieliśmy zacząć od nowa. Tym razem zredukowaliśmy już jednak nasze potrzeby do mleka i musli.
Mniej więcej po upływie pół godziny, nie czekając już na wrzątek, wsypaliśmy mleko do menażki i dodaliśmy do tego musli.
Nie było to śniadanie bogów, o nie. Płatki owsiane, kukurydziane, nasiona słonecznika, rodzynki i inne suszone owoce przypominały zdecydowanie drewniane wióry, a nie coś do jedzenia. Nie mieliśmy jednak wyboru, coś musieliśmy zjeść i wypić.

Po "śniadaniu" zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wstało słońce i zrobiło się znacznie cieplej, a my rozpoczęliśmy najbardziej psychodeliczny dzień w całej naszej zaprzęgowej karierze, choć zaczynając go nie mieliśmy o tym pojęcia.








Dzień zaczął się fantastycznie. Znów jechaliśmy lawirując pomiędzy wyspami porośniętymi tajgą. Od czasu do czasu mijały nas skutery z turystami. Tamtejsza norma to przewodnik i dwójka turystów na wynajętych skuterach. Co istotne to to, że zawsze omijali nas szerokim łukiem, żeby nie wywoływać niepotrzebnego stresu u psów. Ich pozdrowienia stały się sympatyczną normą podczas wszystkich spotkań. Od czasu do czasu ktoś z nich zatrzymywał się na krótką pogawędkę. Skąd jedziecie? Dokąd? Trzysta kilometrów? Poważna sprawa! Życzymy powodzenia!
Tak wyglądały te krótkie spotkania. Co ciekawe skutery mijały nas zawsze między godziną 10 i 15. Poza tym nie widywaliśmy absolutnie nikogo. Ani ludzi, ani zwierząt. Prawdziwa pustynia!

GPS pokazał, że mamy za sobą 90 kilometrów. Wtedy właśnie wyjechaliśmy na najszerszą część jeziora. Brzegi gwałtownie rozeszły się gdzieś na boki, i znaleźliśmy się bardzo daleko od nich, a naszą drogą była teraz biegnąca naprzód prosta.







Brzegi stały się ciemnymi kreskami baaardzo daleko zakreślonymi na horyzoncie. Byliśmy w ciągłym ruchu, a zdawało się, że stoimy w miejscu. Gdzieś przed nami musiało być wreszcie jakieś zwężenie, musieliśmy tam w końcu dotrzeć, ale mimo upływu dwóch, trzech godzin nic się nie zmieniało. Wciąż było tak samo daleko!
Nigdy wcześniej nie przeżyliśmy takiej sytuacji.
Powoli mijały kolejne kilometry, według mapy miało ich być 74.

Zdarzało się czasem, że któryś z brzegów zbliżył się do nas, aby chwilę później szybko oddalić się ponownie i pogrzebać naszą nadzieję na zmianę krajobrazu.
Po około 40 kilometrach zrobiliśmy postój. Znowu zaczęło się topienie śniegu i ponowna walka z kuchenkami. W słońcu było bardzo ciepło, dzięki czemu udało się nam nawet odpalić gaz.
Pragnienie paliło okrutnie ale przy tym tempie topienia śniegu nie byliśmy w stanie go skutecznie zaspokoić.









Po dłuższym postoju pojechaliśmy dalej. I znowu prosta przed nami ciągnęła się bez końca. Momentami byliśmy oddaleni od siebie 1000 - 1500 metrów. Poza postojami nie rozmawialiśmy ze sobą. Każde z nas pokonywało trasę samotnie zmagając się z własnymi myślami, które krążyły wokół liczb. 74 minus 10km/godz razy trzy godziny...to jeszcze za mało do końca. I tak w kółko. W tej samotnej podróży towarzyszyły nam oprócz psów tylko cienie.





Jadąc tak nawet nie zauważyliśmy kiedy zrobiło się ciemno. Zmrok zapadał tam około 20.30, po niekończącym się okresie szarówki.
Chcieliśmy jechać aż do momentu kiedy skończy się ta piekielna prosta, aby dzień kolejny i ostatni, jak mieliśmy nadzieję, rozpocząć już powrotem do bazy drugą stroną jeziora.
Mijały kolejne godziny, a prosta nie miała zamiaru się skończyć. Wtedy to Klein zatrzymał zaprzęg i spojrzał na mnie wymownie. Ten tytan pracy miał na dzisiaj dość. Musieliśmy rozbić obóz. Mieliśmy za sobą 180 kilometrów, przed sobą zaledwie 80 i wszelkie podstawy do nadziei, że to ostatni biwak na tej wyprawie, a następną noc spędzimy już w bazie pełnej wody mineralnej, soków i ciepłego jedzenia.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Wyprawa - Dzień Pierwszy

Po o dziwo całkiem normalnie przespanej nocy rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Sporządziliśmy naturalnie listę niezbędnych rzeczy, aby przypadkiem o niczym nie zapomnieć. Rozłożyliśmy następnie wszystkie te rzeczy na śniegu po czym....wyrzuciliśmy sporą część z nich.
Na wyprawie naprawdę nie ma miejsca na coś, czego w jej trakcie nie użyjemy. Jest to często trudna decyzja, bowiem nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Jednak worek sań ma swoją z góry określoną pojemność i tego musimy się trzymać:)
I tak mimo zredukowania do minimum bagażu ledwo się to wszystko zmieściło. Najważniejsza była żywność dla psów, której zabraliśmy 70 kg.





Pakowanie i przygotowania zajęły nam dużo więcej czasu niż przewidywaliśmy. Dochodziła godzina 15, zbliżała się pora karmienia psów. Trzeba było zacząć się spieszyć.
Podpinamy psy, ostatnie sprawdzenie lin, uprzęży. I rozpłakał się Kacper. Rzucił się nam na szyje i zaczął nas mocno przytulać. Wszyscy się poryczeliśmy. Na szczęście Kamila świetnie zajęła się Kacperkiem po naszym wyjeździe i chłopak nie przeżywał już tak bardzo, a my bez wyrzutów sumienia mogliśmy kontynuować nasze "dzieło".

Wreszcie ruszyliśmy. Naszym zamiarem było jechać tego dnia jak najdłużej. Chcieliśmy najpierw dotrzeć do wyspy Ukko, tam nakarmić psy i kontynuować jazdę jak najdłużej.
Do wyspy dotarliśmy szybciej niż poprzedniego dnia. Zwierzaki dostały jeść i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.






Otwierały się przed nami kolejne części jeziora. Dojeżdżaliśmy do miejsca, w którym jakaś wyspa tworzyła zwężenie przy brzegu, po czym znów wyjeżdżaliśmy na otwartą przestrzeń.
Był wieczór, więc długaśne cienie jakie rzucaliśmy nie dziwiły nas zupełnie. W końcu słońce schodziło coraz niżej i takie cienie wieczorem są normalne. Dopiero rano przekonaliśmy się, że tutaj z cieniem jest zupełnie inaczej. Jest on taki właśnie od rana do wieczora, gdyż przez cały dzień słońce jest stosunkowo nisko nad widnokręgiem.





Tego dnia jechaliśmy przed siebie do zachodu słońca i jeszcze bardzo długo po nim.
Czas leciał wraz z kolejnymi pokonywanymi kilometrami. Jechaliśmy przez fantastyczną zupełnie krainę, hipnotyzującą nas swym pięknem, prostotą formy i ciszą, która dawała znać o sobie kiedy zatrzymywaliśmy się na chwilę krótszą, czy dłuższą. Wtedy nie mącił jej trzask śniegu pod płozami.
Cisza była tam wprost niespotykana, ale doskonale pasowała do tej mroźnej krainy.














Jak zwykle po zmroku psy biegły dużo szybciej niż za dnia. Zawsze w takich momentach zastanawiamy się o co w tym chodzi. Czy dzieje się tak za sprawą słabego w sumie psiego wzroku i konieczności zdania się na inne zmysły, które w takiej sytuacji się wyostrzają? Być może. Faktem jednak pozostaje, że biegają po ciemku szybciej.
Jechaliśmy w ten sposób mniej więcej do godziny 22, kiedy to zrobiliśmy postój na karmienie psów.
Dobre i częste jedzenie na takiej wyprawie to rzecz podstawowa. Psy tracą ogromne ilości energii i muszą jeść tyle ile potrzebują do jej odbudowania. Wraz z jedzeniem muszą otrzymać pokaźną dawkę wody, gdyż odwodnienie jest o wiele gorsze od głodu. Kiedy brakuje w organizmie płynów, to gęstnieje krew. Wtedy serce musi wykonać o wiele większą pracę. Mało tego gęsta krew nie dociera do drobnych i ciasnych naczyń krwionośnych, takich jakie są np w mózgu. Wtedy mózg przestaje normalnie pracować, a to już jest niezwykle niebezpieczne.
Dlatego nawadnianie psich organizmów jest najistotniejszą sprawą na wyprawie.

Tamto nocne karmienie było ostatnim komfortowym, bowiem do tego miejsca starczyło nam jeszcze karmy i wody przygotowanej w bazie. Następne trzeba już będzie przygotować na spirytusowej kuchence ze stopionego śniegu, w którym będziemy musieli zagrzać zamrożone mięso i namoczyć suchą karmę.
Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie będzie to proste zadanie, ale my będziemy musieli mu podołać choćby nie wiadomo co się działo.

Nakarmiliśmy psy i ruszyliśmy dalej szlakiem ku niezwykłej przygodzie, nie mając pojęcia co czeka na nas jutro, czy pojutrze. Ba, nie wiedząc nawet co nas spotka za kolejnym zakrętem!

Po dwóch godzinach zatrzymaliśmy się wreszcie na biwak. Dochodziła pierwsza w nocy. Rozłożyliśmy psom słomę na śniegu, niektóre przykryliśmy kocami. Daliśmy im pić wodę z roztopionego śniegu z rozpuszczoną w niej glukozą.
Spały zabezpieczone kotwicami śnieżnymi.
Sami zastanawialiśmy się czy spać do rana, czy może też po paru godzinach ruszymy dalej. Dlatego postanowiliśmy nie rozbijać namiotu, tylko rozłożyć karimaty na śniegu przy saniach i w samych śpiworach spróbować przespać parę godzin.
To był pierwszy błąd popełniony w trakcie tej wyprawy.

Kiedy kładliśmy się było -8 stopni. Około godziny drugiej obudziły mnie potworne dreszcze. Daria dużo lepiej znosiła zimno. Dreszcze miałem tak okropne, że łapały mnie dodatkowo skurcze w niemal wszystkie mięśnie. Dosłownie cudem udało mi się wyjść ze śpiwora. Wiedziałem, że muszę się ruszać żeby rozgrzać organizm, ale przy każdym ruchu łapały mnie skurcze.
Wielokrotnie zimą biwakowałem w górach, ale nigdy wcześniej nie przytrafiło mi się coś tak okropnego. Daria próbowała mi jakoś pomóc tłumiąc jednocześnie śmiech kiedy wydając dziwaczne dźwięki próbowałem walczyć z zimnem.

Musieliśmy jak najprędzej rozbić namiot i schować się w nim. W tym czasie zrozumiałem też przyczynę takiej reakcji organizmu. Okazało się, że temperatura spadła w ciągu półtorej godziny z -8 do -19 stopni i zaczął wiać wiatr. Ja zaś obawiając się zdjęcia butów wlazłem do śpiwora w nich, jak wiadomo glaciery sorela nie należą do subtelnych pantofelków, przez co zmieściłem się w nim ledwie do połowy. I zapłaciłem za to! Choć oczywiście mogło być gorzej.

Kiedy wreszcie udało nam się rozbić namiot, pozbyć się butów i w całości znaleźć w śpiworze, ogarnęła mnie błogość. Było ciepło, cicho i nawet udało się nam roztopić tyle śniegu, że wypiliśmy litr isostara. Żyć nie umierać!
Zostaliśmy w namiocie do świtu.
Related Posts with Thumbnails