Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 kwietnia 2010

Dzień Trzeci

Druga noc na jeziorze była chyba rekordowa jeśli chodzi o temperaturę. Musiała otrzeć się o -30. Jednak w namiocie było zupełnie znośnie. Musimy tutaj powiedzieć, że sprzęt tzn. namiot, śpiwory i puchowe kurtki spisały się znakomicie i potwierdziły się słowa Skandynawów, którzy twierdzą, że nie ma złej pogody tylko jest zła odzież.

Po bardzo mroźnej nocy wstał zupełnie bajkowy świt. Wschód słońca na tamtych szerokościach geograficznych to spektakl trwający niemal dwie godziny. Przed piątą pojawiła się na wschodzie czerwona poświata. Wyglądało to jak łuna wielkiego pożaru rozlana na widnokręgu. Dobre półtorej godziny nic się w tym obrazku nie zmieniało, aż nagle, dosłownie w jednej chwili, słońce wystrzeliło nad horyzont i rozpoczął się dzień.







Wydawało nam się, że to będzie ostatni nasz dzień na jeziorze i następną noc spędzimy już w bazie, w łóżkach. Do końca zostało tylko 80 kilometrów, a wcześniej robiliśmy po 90 na dobę, więc jadąc non stop powinniśmy dać radę. Wszak możemy zrobić tylko jedną długą przerwę na trasie, w czasie której nakarmimy psy, a potem jechać już do oporu.

Po doświadczeniach poprzednich dni, kiedy to przygotowywaliśmy jedzenie i wodę dla psów i siebie o świcie, przy dużym mrozie, postanowiliśmy teraz najpierw ruszyć, jechać aż słońce zacznie mocniej grzać i dopiero wtedy zatrzymać się na postój.
Szybko zlikwidowaliśmy obóz i wystartowaliśmy do jak sądziliśmy ostatniego etapu wyprawy.

Popełniliśmy jednak fatalny w skutkach błąd. W pośpiechu nie założyliśmy psom butów. Resztę zrobił twardy, zmrożony śnieg.

Po pierwszym biwaku ruszyliśmy dość późno, kiedy śnieg był już bardziej miękki dzięki działaniu słońca. Powodowało to, że psy biegnąc po takim śniegu, radziły sobie bez butów. Musieliśmy tylko zwracać uwagę na śnieżne kulki tworzące się na łapach.
Na zmrożonym sytuacja była zupełnie inna. zamiast śnieżnych kulek tworzyły się lodowe grudki, które są niezwykle groźne dla psich łap.
Na takim podłożu powinniśmy od razu użyć butów, bezwzględnie!

Tak właśnie się stało tamtego dnia. Po około 5-6 kilometrach Daria zauważyła, że coś niedobrego dzieje się z jej psami. natychmiast zatrzymała się i zaczęła sprawdzać łapy. Też stanąłem i poszedłem zobaczyć co się dzieje. Widok był fatalny. Wszędzie gdzie stawały psy były krwawe ślady. Dopiero teraz zauważyłem, że w moim zaprzęgu nie jest lepiej.
To mógł być koniec jazdy tego dnia.
Najpierw dokładnie wyczyściliśmy wszystkie łapy z lodowych grudek. Niektóre tak mocno przywarły do sierści łap, że musieliśmy je wygryzać.
Wolne od lodu łapy przeglądaliśmy dokładnie, żeby ocenić rozmiar skaleczeń.
Na szczęście okazało się, że mamy do czynienia tylko z otarciami. Co prawda były one również bardzo groźne, ale nie tak jak otwarte rany, który równie dobrze mogły w takiej sytuacji powstać.

Mieliśmy dużo szczęścia, gdyby bowiem okazało się, że rany są groźniejsze, to musielibyśmy tam biwakować i po prostu czekać aż sytuacja się poprawi. Tutaj jednak pojawiał się problem żywności i paliwa, które mieliśmy wyliczone na trzy doby plus lekki zapas.
O ile z prowiantem nie było dramatu, bo byliśmy w stanie spokojnie jeden dzień obejść się bez niego zarówno my jak i psy, to z paliwem sytuacja wyglądała już o wiele groźniej.
Brak paliwa to brak wody, a bez niej koniec wyprawy przyszedłby błyskawicznie.
Działaliśmy w permanentnym niedostatku płynów, zapewniając organizmom jedynie niezbędne minimum. Gdybyśmy choć trochę zeszli poniżej jego poziomu, to wyprawa nie miałaby żadnych szans na powodzenie.

Zdawaliśmy sobie w pełni sprawę z powagi sytuacji. Wszystkie psy dostały buty i ruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz postoje były znacznie częstsze. Co kilka kilometrów sprawdzaliśmy łapy. Złapaliśmy taki rytm - trzy, może cztery kilometry jazdy i sprawdzanie. Czasem któryś pies zgubił but, to zakładaliśmy mu nowy. I znowu trzy - cztery kilometry.




Z czasem nasz nastrój się poprawił, psy biegły normalnie, a to oznaczało, że otarcia nie były tak poważne jak mogły być. Mimo to byliśmy wciąż bardzo ostrożni.
Kilometr po kilometrze przybywało nam drogi, zbliżaliśmy się do końca jeziora, do miejsca od którego pojedziemy już prosto do Inari, do bazy.
Jednak moment ten wciąż był przed nami. Czas mijał, a my wciąż brnęliśmy do przodu tęsknie wypatrując oznak końca zamarzniętego jeziora.
Kilka razy myśleliśmy, że to już, za chwilę, ale to okazywało się jedynie kolejnym zwężeniem, po którym znowu wody jeziora rozlewały się szeroko.
Niskie tempo jazdy spowodowane koniecznością ciągłego pilnowania łap, potęgowało tylko wrażenie ogromu pokonywanej trasy, a zwłaszcza tej jej części, która była dopiero przed nami.

Wreszcie po kilku godzinach jazdy brzegi zaczęły wyraźnie się ku sobie schodzić, a widnokrąg przed nami przysłoniły nam drzewa. Po raz pierwszy od ponad dwóch dni mieliśmy przed sobą las!

Przyspieszyliśmy. Planowaliśmy w "narożniku" Inarijarvi spędzić kilka godzin na gotowaniu i odpoczynku. Z łapami nie było źle, więc mogliśmy ostatni kilometr, czy dwa pojechać normalnym tempem.
I wreszcie! Teraz już ewidentnie las otaczał nas z trzech stron, a na dodatek stanęliśmy tuż obok kierunkowskazu z napisem Inari 62km.
W normalnych warunkach i o takiej porze mielibyśmy pewność, że jeszcze tego samego dnia znajdziemy się w bazie, bowiem przejechanie 62km nie stanowiłoby żadnego problemu, ale nie było normalnych warunków, tylko trudna czekająca nas walka o ukończenie pętli.

W tym miejscu spędziliśmy niemal cztery godziny. Kuchenki dawały nam porządnie w kość, a my mimo tego postanowiliśmy się wreszcie napić. Trochę się nam to udało. Dużo wody "wlaliśmy" też w psy. Częściowo w jedzeniu, ale też sporo poprzez strzykawkę. Tak, tak, podawaliśmy psom wodę z glukozą prosto w psie "paszcze", strzykawką właśnie. Bardzo im to zresztą smakowało. Zapobiegało to odwodnieniu psów i dawało im dużą dawkę energii.






Podczas tego postoju radykalnie zmieniła się pogoda. Kiedy zaczynaliśmy gotować świeciło fantastycznie słońce, ale później zaczęło mocno wiać. Naprawdę mocno.
Później doszedł do tego śnieg. Całkiem sporo śniegu.





Ostatnie chwile tego postoju były już dość nerwowe. Wiało coraz silniej, co w połączeniu z dość mocno padającym śniegiem spowodowało, że wyraźny dotąd szlak zniknął całkowicie.
Od teraz czekało nas mozolne torowanie w nawianym śniegu. Północ postanowiła zatrzymać nas u siebie na dłużej, a w każdym razie robiła wszystko aby tak właśnie się stało.
Dotąd mieliśmy przeciwko sobie tylko silny mróz i choć wiało też mocno wcześniej, to jednak dopiero teraz zobaczyliśmy na co stać naturę.

Po szlaku nie pozostał żaden ślad poza czerwonymi tyczkami dla skuterów, ale dla psów to było stanowczo za mało. Wciąż schodziły gdzieś na boki tracąc orientację na śnieżnej pustyni. Co jakiś czas trzeba było zatrzymywać zaprzęg, wbijać kotwicę i iść naprowadzać psy na właściwy kierunek.
Wiatr szalał coraz bardziej zwłaszcza, że znowu znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, gdzie mógł się rozpędzić. Wraz z nim przyszedł niż i znaczne ocieplenie. O świcie ruszaliśmy przy blisko trzydziestu stopniach mrozu, teraz zaś temperatura oscylowała w granicach zera, a padający śnieg od czasu do czasu zamieniał się w deszcz.

Przy takim wietrze nie byliśmy w stanie prosto jechać saniami, gdyż były one spychane w bok. To były godziny prawdziwej walki!

Wreszcie popołudniu dotarliśmy do wsi Partakko, dojazd do której był fantastyczną odmianą po bieli jeziora. Otóż ostatnie dwa kilometry przed wsią pokonaliśmy lądem, jadąc krętymi leśnymi drogami. Jaka to była przyjemność! Wreszcie zakręty, zjazdy, podjazdy. Psy pobudzone zapachami kręcących się gdzieś reniferów gnały znowu jak opętane. Bardzo ten odcinek podniósł nasze morale. Zwłaszcza, że od momentu kiedy zaczęliśmy dokładnie pilnować psich butów, problemy z ich łapami zniknęły.
Także wichura w tej części trasy nie dawała się tak we znaki jak jeszcze chwilę temu. W tym rejonie jezioro przypominało bardziej krętą rzekę, więc mogliśmy skutecznie chować się przed wiatrem.

Postój zorganizowaliśmy niemal wśród domów położonych na obu brzegach jeziora w oddaleniu od nich o jakieś trzysta metrów. Po raz pierwszy na tej wyprawie obszczekały nas wiejskie psy.
Znowu topienie śniegu na wodę, karmienie psów, i znowu strzykawki z glukozą. Wszystkie psy miały doskonały apetyt i chętnie jadły. Niestety skończyło się w tym miejscu mięso. Nie to było jednak najgorsze. Otóż Odyn, lider zaprzęgu Darii, doszedł do tego miejsca na ostatnich nogach. Widać było, że jest bardzo zmęczony. Zjadł jednak chętnie swoją porcję mocno namoczonego mięsa i wypił dużo wody z glukozą. Niestety potem przyszła straszna biegunka. Jego organizm nie zdążył przyswoić wypitej wody ani zjedzonego pokarmu. Odyn opadł zupełnie z sił. Stało się jasne, że resztę drogi odbędzie w saniach.
Przygotowałem mu miejsce u siebie, spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy do bazy, od której dzieliło nas jeszcze pięćdziesiąt kilometrów. Byliśmy zdecydowani dotrzeć do niej jeszcze tego dnia, choćby było to późną nocą.

Po mniej więcej pięciu kilometrach znowu znaleźliśmy się na otwartej, ogromnej przestrzeni, a wiatr o którym niemal zapomnieliśmy w Partakko, dawał o sobie znać jeszcze bardziej niż wcześniej.
Znowu zaczęła się walka ze spychanymi w bok saniami. Znowu musieliśmy przebijać się przez nawiany śnieg. Kiedy zrobiło się ciemno sytuacja zaczęła pogarszać się dosłownie z minuty na minutę.
W powietrzu wirował śnieżny pył, szlak można było rozpoznać jedynie po tyczkach, które na szczęście miały naklejone kawałki odblaskowej taśmy, dzięki której były widoczne w ciemnościach.
Na dodatek psy miały ogromne problemy ze znalezieniem właściwej drogi i posuwaliśmy się naprzód zygzakiem bez sensu nadrabiając drogi. Jednocześnie walczyliśmy z coraz mocniej spychanymi saniami. Ten odcinek to była prawdziwa droga przez mękę!
Zaczynało dopadać nas totalne zmęczenie. W planach mieliśmy już być o tej porze w bazie, jednak przez problemy z łapami i warunkami na trasie, okazało się to nierealne.
Znowu spadło tempo. Z czasem nawet do zera, gdyż wiało tak potężnie, że nie sposób było poruszać się naprzód.

Nie mieliśmy innego wyjścia jak biwakować. Wiatr, jak dowiedzieliśmy się później, wiał tej nocy z prędkością około 110km/h. I był najgorszym na tej wyprawie i na pewno najdramatyczniejszym w całym naszym życiu.
O tym jednak już w następnym poście.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Wyprawa - Dzień Pierwszy

Po o dziwo całkiem normalnie przespanej nocy rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Sporządziliśmy naturalnie listę niezbędnych rzeczy, aby przypadkiem o niczym nie zapomnieć. Rozłożyliśmy następnie wszystkie te rzeczy na śniegu po czym....wyrzuciliśmy sporą część z nich.
Na wyprawie naprawdę nie ma miejsca na coś, czego w jej trakcie nie użyjemy. Jest to często trudna decyzja, bowiem nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Jednak worek sań ma swoją z góry określoną pojemność i tego musimy się trzymać:)
I tak mimo zredukowania do minimum bagażu ledwo się to wszystko zmieściło. Najważniejsza była żywność dla psów, której zabraliśmy 70 kg.





Pakowanie i przygotowania zajęły nam dużo więcej czasu niż przewidywaliśmy. Dochodziła godzina 15, zbliżała się pora karmienia psów. Trzeba było zacząć się spieszyć.
Podpinamy psy, ostatnie sprawdzenie lin, uprzęży. I rozpłakał się Kacper. Rzucił się nam na szyje i zaczął nas mocno przytulać. Wszyscy się poryczeliśmy. Na szczęście Kamila świetnie zajęła się Kacperkiem po naszym wyjeździe i chłopak nie przeżywał już tak bardzo, a my bez wyrzutów sumienia mogliśmy kontynuować nasze "dzieło".

Wreszcie ruszyliśmy. Naszym zamiarem było jechać tego dnia jak najdłużej. Chcieliśmy najpierw dotrzeć do wyspy Ukko, tam nakarmić psy i kontynuować jazdę jak najdłużej.
Do wyspy dotarliśmy szybciej niż poprzedniego dnia. Zwierzaki dostały jeść i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.






Otwierały się przed nami kolejne części jeziora. Dojeżdżaliśmy do miejsca, w którym jakaś wyspa tworzyła zwężenie przy brzegu, po czym znów wyjeżdżaliśmy na otwartą przestrzeń.
Był wieczór, więc długaśne cienie jakie rzucaliśmy nie dziwiły nas zupełnie. W końcu słońce schodziło coraz niżej i takie cienie wieczorem są normalne. Dopiero rano przekonaliśmy się, że tutaj z cieniem jest zupełnie inaczej. Jest on taki właśnie od rana do wieczora, gdyż przez cały dzień słońce jest stosunkowo nisko nad widnokręgiem.





Tego dnia jechaliśmy przed siebie do zachodu słońca i jeszcze bardzo długo po nim.
Czas leciał wraz z kolejnymi pokonywanymi kilometrami. Jechaliśmy przez fantastyczną zupełnie krainę, hipnotyzującą nas swym pięknem, prostotą formy i ciszą, która dawała znać o sobie kiedy zatrzymywaliśmy się na chwilę krótszą, czy dłuższą. Wtedy nie mącił jej trzask śniegu pod płozami.
Cisza była tam wprost niespotykana, ale doskonale pasowała do tej mroźnej krainy.














Jak zwykle po zmroku psy biegły dużo szybciej niż za dnia. Zawsze w takich momentach zastanawiamy się o co w tym chodzi. Czy dzieje się tak za sprawą słabego w sumie psiego wzroku i konieczności zdania się na inne zmysły, które w takiej sytuacji się wyostrzają? Być może. Faktem jednak pozostaje, że biegają po ciemku szybciej.
Jechaliśmy w ten sposób mniej więcej do godziny 22, kiedy to zrobiliśmy postój na karmienie psów.
Dobre i częste jedzenie na takiej wyprawie to rzecz podstawowa. Psy tracą ogromne ilości energii i muszą jeść tyle ile potrzebują do jej odbudowania. Wraz z jedzeniem muszą otrzymać pokaźną dawkę wody, gdyż odwodnienie jest o wiele gorsze od głodu. Kiedy brakuje w organizmie płynów, to gęstnieje krew. Wtedy serce musi wykonać o wiele większą pracę. Mało tego gęsta krew nie dociera do drobnych i ciasnych naczyń krwionośnych, takich jakie są np w mózgu. Wtedy mózg przestaje normalnie pracować, a to już jest niezwykle niebezpieczne.
Dlatego nawadnianie psich organizmów jest najistotniejszą sprawą na wyprawie.

Tamto nocne karmienie było ostatnim komfortowym, bowiem do tego miejsca starczyło nam jeszcze karmy i wody przygotowanej w bazie. Następne trzeba już będzie przygotować na spirytusowej kuchence ze stopionego śniegu, w którym będziemy musieli zagrzać zamrożone mięso i namoczyć suchą karmę.
Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie będzie to proste zadanie, ale my będziemy musieli mu podołać choćby nie wiadomo co się działo.

Nakarmiliśmy psy i ruszyliśmy dalej szlakiem ku niezwykłej przygodzie, nie mając pojęcia co czeka na nas jutro, czy pojutrze. Ba, nie wiedząc nawet co nas spotka za kolejnym zakrętem!

Po dwóch godzinach zatrzymaliśmy się wreszcie na biwak. Dochodziła pierwsza w nocy. Rozłożyliśmy psom słomę na śniegu, niektóre przykryliśmy kocami. Daliśmy im pić wodę z roztopionego śniegu z rozpuszczoną w niej glukozą.
Spały zabezpieczone kotwicami śnieżnymi.
Sami zastanawialiśmy się czy spać do rana, czy może też po paru godzinach ruszymy dalej. Dlatego postanowiliśmy nie rozbijać namiotu, tylko rozłożyć karimaty na śniegu przy saniach i w samych śpiworach spróbować przespać parę godzin.
To był pierwszy błąd popełniony w trakcie tej wyprawy.

Kiedy kładliśmy się było -8 stopni. Około godziny drugiej obudziły mnie potworne dreszcze. Daria dużo lepiej znosiła zimno. Dreszcze miałem tak okropne, że łapały mnie dodatkowo skurcze w niemal wszystkie mięśnie. Dosłownie cudem udało mi się wyjść ze śpiwora. Wiedziałem, że muszę się ruszać żeby rozgrzać organizm, ale przy każdym ruchu łapały mnie skurcze.
Wielokrotnie zimą biwakowałem w górach, ale nigdy wcześniej nie przytrafiło mi się coś tak okropnego. Daria próbowała mi jakoś pomóc tłumiąc jednocześnie śmiech kiedy wydając dziwaczne dźwięki próbowałem walczyć z zimnem.

Musieliśmy jak najprędzej rozbić namiot i schować się w nim. W tym czasie zrozumiałem też przyczynę takiej reakcji organizmu. Okazało się, że temperatura spadła w ciągu półtorej godziny z -8 do -19 stopni i zaczął wiać wiatr. Ja zaś obawiając się zdjęcia butów wlazłem do śpiwora w nich, jak wiadomo glaciery sorela nie należą do subtelnych pantofelków, przez co zmieściłem się w nim ledwie do połowy. I zapłaciłem za to! Choć oczywiście mogło być gorzej.

Kiedy wreszcie udało nam się rozbić namiot, pozbyć się butów i w całości znaleźć w śpiworze, ogarnęła mnie błogość. Było ciepło, cicho i nawet udało się nam roztopić tyle śniegu, że wypiliśmy litr isostara. Żyć nie umierać!
Zostaliśmy w namiocie do świtu.

wtorek, 30 marca 2010

Start wyprawy

Zgodnie z planem wyruszyliśmy w niedzielę 14-tego marca, po nie mającym końca pakowaniu. Nigdy wcześniej nie musieliśmy zabrać tylu rzeczy na raz!
Udało się i o godzinie 15-tej wreszcie ruszyliśmy przed siebie. Jak wiadomo polskie drogi są raczej w nie najlepszym stanie, jednak to co oferują Mazury przekracza wszelkie normy. Jazda po tamtejszej nawierzchni z ciężką, pełną psów przyczepą to po prostu dramat. Średnie prędkości to 40km/h. Na szczęście wszystko, nawet to najgorsze, kiedyś się kończy i tak oto minęliśmy granicę z Litwą i znaleźliśmy się na Via Baltice. Tutaj tempo jazdy wzrosło do normalnych wartości i kilometrów zaczęło szybko przybywać.

W Polsce w tym czasie temperatury już zaczynały rosnąć, trwała odwilż. Natomiast Litwa przywitała nas mroźną i śnieżną aurą. Było grubo poniżej zera i mnóstwo śniegu. Jednak Via Baltica była przejezdna i w większości odśnieżona. Pozwalało to nam szybko przemieszczać się w kierunku Tallina.


Świt na Litwie



Via Baltica


Tego dnia przekroczyliśmy trzy granice i przemierzyliśmy trzy kraje. Litwę, Łotwę i Estonię.
Na Łotwie, blisko estońskiej granicy droga idzie bardzo blisko morza i dzięki temu ujrzeliśmy zamarznięty Bałtyk, a ściślej mówiąc Zatokę Ryską. Zrobiliśmy tam oczywiście postój i pospacerowaliśmy po lodowej pokrywie, tracąc tym samym szansę na prom o 18-tej, ale nie mogliśmy sobie odmówić takiej atrakcji.







Wieczorem dotarliśmy do Tallina. Niestety o pół godziny za późno, aby zdążyć na ostatni prom. Musieliśmy nocować w Tallinie.
Miało to swój niezaprzeczalny atut, popłyniemy w dzień!

sobota, 13 marca 2010

Team Syberiady

Marzenia czasem się spełniają. Już jutro 14. marca wyruszamy na wyprawę z naszych snów.Na razie wydaje się ona mało realna, bo tak jeszcze niedawno wszystko istniało tylko w naszych głowach. W naszych planach, a tu dziś jesteśmy w ferworze przygotowań, pakowania, ostatnich zakupów.
Teraz dopiero tak naprawdę wiemy jak skomplikowana jest realizacja takich marzeń i planów, ale do diabła warto! Naprawdę warto ciężko pracować, aby od czasu do czasu ziścić jakiś swój sen.

Jedenaście lat pracy, przygotowań, budowania psiego zespołu, i ludzkiego również. Jedenaście lat zdobywania doświadczeń - bezcenne.
Pewnie rok, czy trzy lata temu też byśmy dali radę objechać Inarijarvi dookoła, ale wcześniej coś nie było tak jak trzeba. Zawsze czegoś brakowało. Najczęściej pieniędzy, bo to one niestety najczęściej powalają najwspanialsze nawet projekty.
W tym sezonie jest jednak inaczej. Są sponsorzy, bo chyba wreszcie nauczyliśmy się z nimi rozmawiać. Zadziałała nasza własna firma i dała niebanalny wkład w wyprawę i wreszcie znaleźli się ludzie, którzy dzisiaj rozszerzyli team Syberiady i sprawili, że najtrudniejsze sprawy stały się duużo łatwiejsze.

Zawsze mieliśmy problem pod tytułem co zrobić z psami, które już nie biegają, a nie mogą przecież zostać bez opieki? Dzisiaj, dzięki wsparciu Violetty i Marka mamy ten problem z głowy. Jedenaście psów zostaje u siebie w domu pod ich czujną opieką.

Drugą palącą kwestią jest Kacper, nasz syn. Przecież dziewięciolatek nie odpuści takiego wyjazdu, nie ma mowy żeby został w domu, ale też nie pojedzie przecież z nami na samą wyprawę. I tutaj też uzyskaliśmy pomoc. Jedzie z nami Kamila Kielar, dziennikarka, fotograf i podróżnik. Jej podróżniczy portal Ekstra Podróże, jest patronem medialnym naszego projektu. Kamila okazała się tak wspaniała, że zgodziła się zająć Kacperkiem przez te kilka dni, kiedy my będziemy na jeziorze. Na dodatek na pewno zrealizuje super reportaż z wyprawy i wszystkiego dookoła.

Bez Kamili, Violetty i Marka byłoby nam bardzo trudno doprowadzić wyprawę do skutku. O ile w ogóle byłoby to możliwe.
Bardzo Wam dziękujemy dobrzy ludzie:)))

piątek, 12 marca 2010

YETI oraz HAPPY DOG

W ostatnim czasie dołączyły do naszego projektu jako sponsorzy dwie bardzo solidne firmy z "naszej" branży.

Yeti to producent docenianej na całym świecie puchowej odzieży i znakomitych puchowych śpiworów. Zawsze bardzo nam zależało na współpracy z tą właśnie firmą ze względu na wysoką jakość ich wyrobów. Marzenie się spełniło! Wśród naszej odzieży znalazły się puchowe kurtki, rękawice, polary, bielizna termoaktywna, a nawet kosmetyczka firmy Yeti.
Bardzo dziękujemy firmie za wsparcie.



Happy Dog natomiast to świetna karma dla psów. Prawdziwa niemiecka jakość, a do tego bardzo smaczna. Nasze psy po prostu za nią przepadają. I bardzo nas to cieszy, ponieważ znajduje się w niej wszystko to, co ciężko pracującym psom jest potrzebne.
Bardzo dziękujemy firmie Happy Dog oraz polskiej firmie Hobby z pod bydgoskiej Kobylarni, będącej wyłącznym dystrybutorem tej karmy na Polskę.

Wsparcie firm Yeti i Happy Dog jest dla nas bardzo istotne, gdyż nie sposób działać w polarnych warunkach bez dobrej odzieży i znakomitej karmy dla psów.
Jeszcze raz bardzo dziękujemy!

sobota, 6 marca 2010

Wyprawa marzeń

Niemal za tydzień wyruszamy na naszą wymarzoną wyprawę. Od mniej więcej tygodnia załatwiamy wszelkie związane z nią sprawy i oczywiście wciąż trenujemy. Teraz testujemy buty dla psów i zgodnie z tym co przewidywaliśmy nie jest to proste. Niektóre psy nie interesują się tym co mają na łapach, inne wręcz przeciwnie. Długa droga przed nami zanim psiaki przyzwyczają się do nowej sytuacji. Na wyprawie będzie na pewno łatwiej, kiedy wszyscy zaczniemy działać jak automaty i wejdziemy we właściwy rytm.

Po odwilży zrobiły się bardzo ciężkie warunki do biegania, śnieg zrobił się mokry i ciężki. Dlatego zaczęliśmy jeździć na jednym dużym zaprzęgu zamiast na dwóch. Trenujemy czternastką psów lub szesnastką. Jest to najprawdopodobniej największy regularnie trenujący w tej chwili zaprzęg w Polsce. Jego moc jest ogromna!
W takim rytmie treningowym, biegając codziennie, zawsze co najmniej jeden pies ma dzień wolny od pracy i może się regenerować.
Będziemy tak robić już do niemal samego wyjazdu. Dotarcie do Inari zajmie nam prawdopodobnie cztery dni, więc psy będą miały dużo czasu na odpoczynek, śpiąc w przyczepie. One na szczęście potrafią wypoczywać w czasie jazdy i postojów.
Na pewno po podróży, jak zwykle, my będziemy wykończeni, a psy wręcz przeciwnie.

Ostatnio na pozycji trail leadera obok Saby pojawił się jak, za dawnych lat, Moli.
I trzeba powiedzieć, że powrót 9-cio latka, najstarszego psa w teamie, na pozycję będącą domeną młodych psów miał genialny. Trzymał wysokie równe tempo, przez co momentalnie praca Saby stała się o wiele bardziej wydajna, wszak ona jest leaderem prowadzącym bardzo delikatnie, oddając duże pole do popisu trailowi. Dlatego tak ważny jest pies biegający z nią w parze.
Dotychczas wydawało się, że Saba z Sami to para doskonała, jednak po tym co pokazał Moli zaczęliśmy mieć wątpliwości.
Problem tylko w tym, że Moli normalnie biega w zaprzęgu Darii, gdzie leaderami są Odyn i Anga. Czyżby czekało nas kolejne przemeblowanie?

Zdjęcia zrobione telefonem w przerwie pomiędzy kolejnymi rundami treningu. Biały pies na pierwszym planie to Moli, chłopak nie dziewczyna, jak sądzi wielu po imieniu:)





czwartek, 11 lutego 2010

Plan wyprawy

Przygotowania do wyjazdu nabierają tempa. Nadszedł czas określenia w miarę dokładnego jego terminu. Na szczęście nie musimy uzależniać się od promów, bo nie ma potrzeby wcześniejszej rezerwacji przeprawy z Tallina do Helsinek i wystarczy po prostu stawić się w porcie i odpłynąć pierwszym promem, który będzie miał dla nas miejsce.
Jest to świetna wiadomość, bowiem odpada nam stres związany z koniecznością dotarcia na prom konkretnego dnia i o określonej godzinie. Ma to ogromne znaczenie, zważywszy iż do Tallina mamy prawie 1100 km, a następnie 1200 km do Inari.

Obecnie nasz plan wygląda następująco:
14.03.2010. - wyjazd do Tallina, portu w Estonii
15/16.03.2010 - przeprawa promowa z Tallina do Helsinek
18.03.2010. - mamy nadzieję pojawić się w Inari
19.03.2010. - pierwszy rekonesans po jeziorze Inari, pakowanie sprzętu i żywności
20.03.2010. - start Inarijarvi Expedition 2010
23/24.03.2010. - powrót do bazy

Wszystkie terminy mogą ulec delikatnej korekcie z rozmaitych, trudnych w tej chwili do przewidzenia powodów. Natomiast w ogólnym zarysie będziemy trzymać się tego planu, a jeśli wszystko pójdzie jak zakładamy, to wykonamy go w 100 procentach.
Zmieniliśmy decyzję co do czasu pobytu w Finlandii z planowanego miesiąca do nieco ponad tygodnia z kilku względów. Po pierwsze początkowo chcieliśmy mieć możliwość dłuższego pobiegania po śniegu, co jest ogromnie ważne dla psów, bo śniegu w Polsce zawsze było jak na lekarstwo. Ten powód odpadł całkowicie. Śniegu mamy w tej chwili u nas więcej niż w Laponii!

Po drugie mieliśmy kompletnie inny plan treningowy, który legł w gruzach z powodów pogodowych. Najpierw mieliśmy bardzo ciepły listopad i grudzień, a potem wielkie opady śniegu. Wszystko to spowodowało, że niemożliwe było wyjeżdżenie tylu kilometrów na treningach ile planowaliśmy. W związku z tym w drugiej połowie lutego i pierwszej marca wykonamy największą pracę treningową w całym tym sezonie. To z kolei spowoduje, że na treningi na Inarijarvi nie będzie już miejsca ze względu na normalne zmęczenie psów i nas.
Krótko mówiąc przygotowujemy formę na konkretny moment. Na czas pomiędzy 20 a 28 marca.
Przyjeżdżamy do Inari. Odpoczywamy po podróży jeden dzień. Robimy kilkugodzinny rekonesans. I ruszamy.
Teraz czeka nas najtrudniejszy etap przygotowań. Bardzo dużo treningów w ciężkich warunkach, przygotowanie sprzętu, kontrola weterynaryjna, badania lekarskie, przygotowanie i sprawdzenie samochodu i przyczepy, załatwienie opieki dla psów zostających w domu itp, itd.
Jednym słowem będzie gorąco!

niedziela, 7 lutego 2010

Żarty się skończyły!

Od ostatniego posta minęło trochę czasu, ale też wydarzyło się bardzo wiele.
Tydzień temu dopadło nas to co w mushingu najgorsze i nieuniknione zarazem, czyli śmierć psa. Tym razem ślepy los zabrał nam weterankę Whisky. Więcej na ten temat w poście Żegnaj Whisky
Ludzi z naszego teamu też nie oszczędziły choroby, ale najgorsze za nami. Niestety zegar tyka i czas rozpoczęcia wyprawy coraz bliżej. Tymczasem po tych wszystkich opadach śniegu rozpoczęły się dla nas chwile wybitnie ciężkiej pracy.
Zgodnie z założeniami treningowymi w styczniu i lutym mieliśmy przejechać co najmniej 1000 kilometrów podczas treningów, jednak ze względu na niespotykaną u nas grubość pokrywy śnieżnej nie mamy najmniejszych szans nawet zbliżyć się do tej ilości.
Przejechanie 20 kilometrów jednym ciągiem jest w tych warunkach wyczynem.






Śniegu niekiedy jest tak dużo, że konieczne staje się przecieranie szlaku przed psami, gdyż one niemal w nim znikają. Ma to tę pozytywną stronę, że w tej chwili nie ma szansy spotkać kogokolwiek w lesie, a jedynymi śladami ludzkiej obecności są nasze ślady i sporadycznie koleiny po traktorze dowożącym pokarm dla zwierząt do paśników. Takie udogodnienia jak owe koleiny wykorzystujemy jak tylko się da, aby ulżyć psom i sobie.






Treningi zamieniły się w tych warunkach w katorżniczą dosłownie pracę, ale mamy też nadzieję, że zaprocentuje ona wspaniale na wyprawie. Prawdopodobnie bieganie w takim śniegu będzie źródłem nieprawdopodobnej mocy psów, a skoro na Inarijarvi śniegu będzie o wiele mniej, ponadto będzie on mocno przewiany i bardzo twardy, to nasz trening może się okazać bardzo skutecznym.






Przez to wszystko porobiło się tak, że nasz syn Kacper najczęściej wraca ze szkoły zaprzęgiem. Po prostu na koniec treningu zajeżdżamy po niego zaprzęgiem pod szkołę, tornister ląduje w worku sań, a Kacpi na ich płozach i jedziemy do domu. Wzbudzając, rzecz jasne niemałe zdumienie wśród rodziców i innych uczniów.





Na dodatek w ramach gratisowych atrakcji musimy mijać po drodze martwego jelenia. Nie mamy bowiem w tym miejscu innej możliwości. Zgłosiliśmy oczywiście jego obecność miejscowym myśliwym, ale oni ze względu na trudny dostęp mają teraz spory problem z usunięciem go. Wszak to wielkie i ciężkie zwierze i nie da się tak po prostu wziąć go pod pachę i wynieść. Problemu nie mają z tym lisy i kruki, które konsekwentnie go zjadają. Może za, powiedzmy tydzień, problem dosłownie zniknie.




Wreszcie też przetestowaliśmy otrzymany od sponsora namiot firmy Husky. Urządzenie mające zastąpić nam dom na jeziorze Inari, sprawia bardzo pozytywne wrażenie i powinno sprostać naszym wymaganiom. Testowaliśmy go w kilkunastostopniowym mrozie i wszystko było w porządku. Jest prosty w "obsłudze", nieprzewiewny i wydaje się, że posiada bardzo sprawny system wentylacji, co przy dużym mrozie ma ogromne znaczenie. Musimy jedynie zaopatrzyć się w kilka lodowych śrub, których nie ma w wyposażeniu żadnego z takich namiotów, a na zamarzniętej tafli jeziora tylko one pozwalają skutecznie przytwierdzić namiot do podłoża.



Related Posts with Thumbnails